top of page

 

                    Nie ma uczciwości,

                     bez przejrzystości. 

 

         

 

 

 

       Upłynęło już dobrych kilka tygodni od fatalnego rozporządzenia obniżającego subwencję oświatową dla dzieci edukacji domowej. Emocje, niczym kurz na bitej drodze, opadły. Odbyły się spotkania z rodzicami w MEN i Belwederze. Mówiąc krótko wszystko powoli wróciło do normy, a realizowana przez MEN taktyka „faktów dokonanych”, jak również przeciągania w czasie dyskusji o edukacji domowej, pod płaszczykiem „konsultacji ze środowiskiem”, świetnie się sprawdziła. Zapanował spokój, a „dialog społeczny” trwać może miesiącami, a na upartego latami i nie przynieść konkretnych rozwiązań. Za poprzednich ministrów też istniało „społeczne ciało konsultacyjne” zwane „Forum rodziców” , które spotykało się co jakiś czas w resorcie edukacji, ale że niewiele z tych spotkań wynikło, inicjatywa „zginęła śmiercią naturalną”.

 

Konsekwencje obniżenia subwencji poniosły oczywiście rodziny edukacji domowej (a nie dopuszczające się nadużyć szkoły), bo w edukacji, podobnie jak i w innych obszarach działalności usługowej, każda próba ukrócenia nadużyć, kończy się przerzucaniem kosztów na „klienta”. Prawa rynku są nieubłagane, więc szkoły obniżyły poziom refinansowania zakupu pomocy naukowych lub zawęziły ofertę zajęć dodatkowych i to pomimo, że i tak „zaoszczędzą” na wakacjach. W jaki sposób? Nauka w roku szkolnym trwa 10 miesięcy, ale szkoły otrzymują dotację również za miesiące wakacyjne, co oznacza, że szkoła licząca 90 uczniów edukacji domowej dostanie za ten okres ok. 47 tys. zł (licząc 260 zł na miesiac na 1 ucznia), jak np. szkoła w Rękowie. Odpowiednio więcej otrzymają p.Sawiccy i szkoła Moracz, przy ok.300 uczniach edukacji domowej będzie to 156 tys. zł. Szkoła, do której zapisanych jest 900 uczniów (o której swego czasu wspominała pani minister), jak łatwo obliczyć, za okres wakacji dostanie ok. 470 tys. zł.

 

Jak wielu rodziców ma świadomość tego, ile pieniędzy dotacji oświatowej otrzymuje szkoła, do której jest zapisane ich dziecko i na co te pieniądze są wydawane? W przypadku rodziców uczniów „stacjonarnych” taki stan niewiedzy można tłumaczyć faktem, iż całość edukacji obowiązkowej plus zajęcia dodatkowe spadają na barki szkół. Dla rodzica stacjonarnego ważne jest, że jego dziecko ma w szkole zajęcia i nie martwi się z czego są opłacane. Jednak w przypadku edukacji domowej sprawa wygląda zupełnie inaczej i każdy z rodziców przecież to czuje. Odciążamy szkołę od nauczania w zakresie podstawy programowej, ale w zamian oczekujemy (mamy PRAWO oczekiwać!) o wiele bogatszej i bardziej zindywidualizowanej, czyli dostosowanej do potrzeb i zainteresowań dziecka, oferty zajęć dodatkowych. Tak powinno być! A jak jest? Będziemy się starali w miarę możliwości, prezentować to, w jaki sposób szkoły wydają pieniądze (na które w pewnym sensie pracują również rodzice). Możliwość wglądu w wydatki szkół umożliwia każdemu obywatelowi ustawa o dostępie do informacji publicznej.

 

     Na wniosek o udostępnienie informacji publicznej otrzymaliśmy w ostatnim czasie odpowiedź z gminy Prażmów (powiat piaseczyński, województwo mazowieckie), dotyczącą sposobu wydatkowania dotacji oświatowej przez szkołę podstawową Sokrates z siedzibą w Krępie (całość dokumentu do wglądu w zakładce „Informacja publiczna”). Z przesłanych dokumentów wynika, że w 2015 roku szkoła ta miała do dyspozycji blisko 262 tys. zł z przeznaczeniem tylko i wyłącznie na uczniów edukacji domowej (szkoła „specjalizuje się” w edukacji domowej). Ile z tych pieniędzy zostało przeznaczone na uczniów, a ile na wynagrodzenia dla właściciela i kilkuosobowej kadry nauczycielskiej? Będziemy operować wartościami względnymi, to znaczy procentowymi, gdyż wtedy Czytelnik będzie miał lepszą orientację odnośnie skali wydatków w poszczególnych kategoriach. Otóż, na zajęcia dodatkowe, czyli to, o co szkoła edukacji domowej powinna szczególnie dbać, Sokrates przeznaczył 0.7 proc. (niecały procent!) z otrzymanej dotacji. Prócz zajęć dodatkowych w ramach tej kwoty odnotowano zakup sprzętu turystyczno-sportowego i muzycznego. 4,7 proc. subwencji poszło na zakup pomocy dydaktycznych, zapewne w formie zwrotu pieniędzy za zakupione przez rodziców książki, gry edukacyjne i inne pomoce dydaktyczne. W sumie więc szkoła wydała na dzieci niecałe 6 proc. z otrzymanej przez nią dotacji oświatowej. Niemal 90 proc. (88,9 proc.) wydatków szkoły stanowiły wynagrodzenia (!!!) pracowników, którzy tak naprawdę musieli przeprowadzić jedynie egzaminy klasyfikacyjne. Kolejne 5 proc. poszło na zakup mebli, sprzętu komputerowego i materiałów biurowych. Materiały biurowe są potrzebne w każdej szkole, bez komputerów też trudno sobie wyobrazić sprawnie działający sekretariat. Zakup mebli może być bardziej dyskusyjny, gdyż szkoła ma siedzibę w domu prywatnym. Rodzi się pytanie natury ogólnej, jak oddzielić to, co prywatne od tego, co publiczne? Każdy by chciał za państwowe pieniądze wyposażyć sobie, jeśli nie cały dom, to przynajmniej prywatny gabinet (pełniący zarazem rolę sekretariatu szkoły) w stylowe, drewniane i luksusowe meble (prywatna szkoła nie może mieć mebli z forniru!). Rodzi się jednak wątpliwość, czy jest to uczciwe i czy rzeczywiście ustawodawca, wprowadzając kategorie wydatków, które można pokrywać z dotacji oświatowej, przewidział, że będzie ona przeznaczona na doposażenie prywatnych domów? W przypadku szkoły Sokrates nie wiemy, jakie meble „do szkoły” zakupił p.Strzeżek, ale w sumie na komputer, materiały biurowe i meble wydał ponad 13 tys. zł. Zastanawiająca jest też pozycja „media”, nie tyle ze względu na wysokość wydatków, bo stanowiły one zaledwie 0,5 proc. ogólnej kwoty dotacji, ale raczej sposobu jej wyliczenia. W sytuacji, gdy szkoła wynajmowała pomieszczenia w innej szkole, to płaciła za wynajem (ok. 550zł, tj.0,2 proc. wydatków), który uwzględniał korzystanie z mediów. Z kolei jeśli dyrektor szkoły pracował we własnym domu, to jak rozliczał media? Procentowo? Osobogodzinowo? Osobomiesięcznie? Owszem, są takie zajęcia, czy nawet takie zawody (ot, choćby zawód dziennikarza), gdy człowiek spokojnie może wykonywać swoją pracę w domu, ale powiem szczerze, że nigdy nie zdarzyło mi się, żebym od swojego naczelnego domagała się pokrycia kosztów mediów, z których korzystałam w domu podczas wykonywania pracy dziennikarskiej. Widać nie byłam wystarczająco kreatywna…

        Podsumujmy więc i sprawdźmy, czy przedstawione powyżej wydatki zamykają się w 100 procentach. 88,9 proc. na wynagrodzenia, 5,4 proc. dla uczniów, 5 proc. meble, komputer i art.biurowe, 0,5 proc. media i 0,2 proc. wynajem sal. Razem 100 proc! Wszystko zgadza się co do grosza. Rozlicznie zostało przyjęte i zaakceptowane przez gminę. Szkoła w świetle prawa oświatowego działa bez zarzutu. Pozostaje pytanie komu to prawo służy? Dzieciom, czy edukacyjnym przedsiębiorcom (żeby nie rzec cwaniakom)? A komu powinno…

 

        Na koniec ważna uwaga. To, czy takie biznesy, jak wyżej opisany, będą powstawać i rozwijać się, zależy nie tylko od kreatywności ich twórców, ale także, a może przede wszystkim, OD RODZICÓW! Od tego, czy będą przymykać oczy na krzywdzenie swoich dzieci, bo przecież przeznaczenie zaledwie 5 proc. dotacji na potrzeby edukacyjne uczniów, jest jawnym ich krzywdzeniem (żeby nie użyć mocniejszego słowa!). RODZICE – domowi edukatorzy! Jeśli szkoła Waszych dzieci nie wydaje co najmniej 30 proc. dotacji na zajęcia dodatkowe, a wynagrodzenia stanowią niemal 90 proc. tej dotacji, to macie do czynienia nie ze szkołą, tylko edukacyjną działalnością finansową. Jedyne co możecie w tej sytuacji zrobić, to jak najszybciej poszukać innej szkoły, która szanuje Was i Wasze dzieci, i której na Was zależy, a nie na pieniądzach, które za Wami idą! Gdyby każdy rodzic tak robił, to takie „szemrane firmy” dawno by poupadały, a dzieci nadal cieszyłyby się 100 procentową dotacją. Czego uczycie Wasze dzieci, dając się tak robić „w konia” i jakie wystawiacie sobie świadectwo ..?

 

Ewa Jurkiewicz

bottom of page